Wszystko o ślubie

Dlaczego Polacy nie chcą brać ślubu

Dlaczego młodzi ludzie nie decydują się na ślub? A może ta instytucja już nie ma tak wysokiej racji bytu jak za czasów ich rodziców i dziadków? Przecież ten dzień ma być najpiękniejszym w życiu, a nie budzić zniechęcenie i awersje… A może pogląd, że młodzi niechętnie idą do ołtarza wysuwa tylko stare pokolenie, konserwatywni Polacy, którzy hołdują obyczaje i religię, a którzy nie potrafią odnaleźć się we współczesności?

Nie ma osoby, która by nigdy nie myślała o ślubie. Prędzej czy później dopada nas świadomość tego, że czas już (albo i nie) na zawarcie związku małżeńskiego. Zwłaszcza jeśli chodzi o małe dziewczynki i te dorastające. Marzenia o ślubie jak z bajki, o białej sukni, pięknie przystrojonym kościele, kwiatach i o wymarzonym mężczyźnie u boku zajmują sporą część wyobraźni. Potem z czasem zaczyna nabierać się dystansu. Okazuje się, że niekoniecznie małżeństwo to jest to, czego pragnie się najbardziej. Zmieniają się priorytety. Czasami całkowicie zapominamy, że istnieje coś takiego jak zalegalizowany związek. Dopiero, gdy ktoś z rodziny lub przyjaciół przysyła zaproszenie na ślub uświadamiamy sobie, że ktoś jeszcze hołduje tę instytucję. Bo i po co współczesnemu człowiekowi ślub?

Coraz częściej młode pary decydują się na wspólne życie, ale w nieformalnym związku. Czasami całe lata potrafią ze sobą „chodzić”, a dopiero po długim okresie decydują się na narzeczeństwo, natomiast o ślubie nawet nie myślą. Niektórzy powiedzą, „bo tak im wygodnie”, „bo im się układa, więc po co to psuć”. Ale kto powiedział, że zalegalizowanie związku wiąże się z niewygodą, czy z kłopotami. Obecnie zrzuca się na instytucję małżeństwa wszelkie niepowodzenia, które pojawiają się z biegiem lat w związku. Niektórzy po prostu z premedytacją nie biorą ślubu, bo wiąże się to z bieganiem po urzędach, załatwianiem spraw związanych z wyprawieniem przyjęcia – rezerwacja, fotograf, zakup sukni ślubnej i garnituru. Nic dziwnego, że młodzi unikają tego zamieszania, bo rodzą one niepotrzebne nerwy. Przecież wiadomo powszechnie, że w dzisiejszych czasach, aby wyprawić przyjęcie weselne na przyzwoitym poziomie trzeba mieć oczy dookoła głowy i sporo czasu, bo zamawiać salę weselną trzeba z wyprzedzeniem (nawet rocznym). Inni nie uciekają się do legalizacji związku z powodu braku środków finansowych, chociaż jest to rzadkie. Ten powód wydaje się niewystarczający do usprawiedliwienia, gdyż nie trzeba wcale brać kredytu na tę okoliczność. Wystarczy skromna uroczystość tylko dla rodziny, albo po prostu zwykły obiad. Zawsze można znaleźć rozwiązanie. Co innego, gdy pieniędzy jest w bród, bo przecież po kilku latach związku para posiada jakieś fundusze na potrzeby własne. A ślubu jak nie było tak nie ma. Wymigiwanie się półsłówkami rodzicom i dziadkom już nie wystarcza. Zwłaszcza, że pochodzą oni z czasów, kiedy do – potocznie mówiąc – żeniaczki raczej się spieszyło, a nie jej unikało.

Starsze pokolenie, do których należą przede wszystkim dziadkowie, ale włącza się też i rodziców, pamiętają okres, kiedy to średnia wieku brania ślubu oscylowała w dolnej granicy dwudziestu lat, a nawet często nie przekraczano jeszcze tego progu. Obecnie, jeśli już zapadnie decyzja o małżeństwie, to podejmują ją dojrzali ludzie – około trzydziestoletni. Ma to związek z tym, że przed legalizację związków przedkładane są inne sprawy – takie jak wyższe wykształcenie, satysfakcjonująca praca, spełnianie marzeń. Młodzi czekają też aż się „dorobią”, kupią mieszkanie, czy po prostu „sprawdzą” związek – czy to na pewno ten jedyny/jedyna. Na to potrzeba czasu, więc i wiek zawarcia związku małżeńskiego musiał ulec zmianie. Już nie w modzie są teraz szybkie śluby, gdy dziewczyna jest jeszcze nastolatką. Kobiety czekają teraz z decyzją znacznie dłużej.

W pewnym stopniu to właśnie kobiety odpowiedzialne są za znaczne obniżenie liczby ślubów. Często to one decydują, że ślubu nie będzie. Odczuwają strach przed porażką, że to jednak nie „ten na całe życie”. Mają świadomość, że legalizacja związku pociąga za sobą konsekwencje. Jeśli okazałoby się to pomyłką, nie mogą tak po prostu spakować walizki i wyjść z mieszkania. Rozstanie odbywać się będzie drogą prawną, często nie w przyjaźni, przy wywlekaniu brudów na forum publicznym. Dmuchają, więc na zimne i nie przyrzekają oficjalnie nic. Czasami to także obawa przed tym, że związek straci klimat, że wszystko się zmieni. Nie będzie tak fajnie i przyjemnie. Tylko że z biegiem lat, gdy mija pierwsze oczarowanie i zaczyna się normalne życie, także można poczuć się rozczarowanym. Małżeństwo nie powinno już nic zmieniać, bo po kilku latach związku zna się już swojego partnera na tyle, żeby wiedzieć, czego się spodziewać. Szara rzeczywistość nie powinna stanowić problemu.

Mężczyźni także w dużym stopniu mają swój udział w braku przedsięwzięć ślubnych. Ci z kolei, oszczędni, podają powody finansowe jako główne, ale tak naprawdę u podstaw tej niechęci leży pogląd o stracie wolności. Żyjąc w luźnym związku, na tzw. kocią łapę panowie mają świadomość, że w każdej chwili mogą się wycofać. Nic ich nie trzyma przy partnerce, bo co tak naprawdę warte są słowa? Niczego nie podpisywał, więc zawsze może zmienić zdanie. Czasami jako powód podają strach przed konsekwencjami, a raczej obawa, że nie będą w stanie zapewnić rodzinie, którą założą, wystarczająco dobrych warunków do życia. Przecież zaraz w ich związku mogą pojawić się dzieci, a te wymagać będą szczególnej uwagi, troski i odpowiedzialności. To już nie jest takie proste jak życie we dwójkę, bez zobowiązań. Wymigiwaną się więc, usilnie zapewniając, że papierek nie jest im do niczego potrzebny.

Polacy niechętnie biorą ślub, albo w ogóle decydują, że ślubu nie będzie. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni nie biegną do ołtarza. W dużej mierze przeważa strach przed odpowiedzialnością, już samo to słowo powoduje, że młodzi się krzywią. Boją się porażki, całkowitego zaangażowania, utraty wolności. Niektórzy twierdzą nawet, że ślub (statystycznie rzecz biorąc) kończy się rozwodem. I rzeczywiście liczba rozwodów w Polsce diametralnie wzrasta, co nie zachęca młodych osób, do legalizacji swoich związków. Niektórzy wolą latami być w stanie narzeczeństwa niż podpisać deklarację w urzędzie i w kościele. Mówi się, że powinna zostać wprowadzona tzw. umowa partnerska. Tylko że wtedy także trzeba by podpisać dokument i zobowiązać się do czegoś. Nikt nie powie tego głośno, ale życie „na kocią łapę” stało się po prostu modne. Do ślubu skłania najczęściej ciąża, albo rodzina. Pary same z siebie decydują się na małżeństwo dopiero po kilku, a nawet kilkunastu latach bycia razem. Tak jakby przysięga małżeńska w kościele, albo w Urzędzie Stanu Cywilnego równała się z wyrokiem śmierci, albo podpisaniem cyrografu.
Darmowa strona www - zrób ją sam!